Pani Grażyna z zawodu jest nauczycielką nauczania początkowego. Po urodzeniu trójki dzieci zrezygnowała z pracy i prowadziła dom, jej mąż pracował za granicą. Próbując wrócić na rynek pracy, za namową koleżanki, zdecydowała się na kurs pracownika socjalnego. – I kiedy po wszystkim poszłam do Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej zapytać o pracę, sama zostałam zapytana o to, w jakich warunkach mieszkam. Zdziwiło mnie to, ale odpowiedziałam, że w domu jednorodzinnym. Wtedy usłyszałam, że biorąc pod uwagę moje doświadczenie i wykształcenie oraz sytuację życiową jestem dobrą kandydatką do stworzenia rodziny zastępczej. I ten pomysł mnie zaintrygował, chociaż nigdy wcześniej nawet zbytnio nie interesowałam się tematem pieczy zastępczej – opowiada Pani Grażyna.
Po przedyskutowaniu wszystkiego w gronie domowników rodzina zgodnie stwierdziła, że chcą spróbować.– Tłumaczyłam dzieciom, że będzie to oznaczało stałą obecność w domu obcych dzieci. I że z tymi dziećmi trzeba się będzie wszystkim dzielić. Nie tylko zabawkami, jedzeniem, przestrzenią, ale i rodzicami. Decyzja została podtrzymana, chociaż wtedy tak naprawdę nikt z nas nie miał pojęcia, jak w praktyce wygląda piecza zastępcza – wspomina Pani Grażyna.
Na kursie dla kandydatów było 8 rodzin, ale tylko Państwo Kuźmicz zdecydowali się założyć pogotowie rodzinne. – Chcieliśmy działać tu i teraz, dlatego zdecydowaliśmy się na pomoc w trybie interwencyjnym. Chcieliśmy pomagać dzieciom, które nagle potrzebują ratunku, często nawet w środku nocy. Wiedzieliśmy też, że bardzo brakuje takich miejsc. Zresztą dziś brakuje ich jeszcze bardziej – przyznaje.
Trudne początki
W marcu 2004 roku, tuż po zakończeniu kursu, w domu państwa Kuźmiczów powstało pogotowie rodzinne. Po dwóch tygodniach trafiło do nich pierwsze dziecko – 6-letni chłopiec, do którego szybko dołączyły niewiele starsze bliźniaczki. Cała trójka na nową sytuację zareagowała stresem i płaczem. Pojawiały się też pytania o to, co się stało, dlaczego zostali zabrani od rodziców i kiedy do nich wrócą.
– Tłumaczyłam im wtedy, że najwyraźniej coś trudnego stało się w domu i chwilowo muszą być u nas, żebyśmy mogli im pomóc. I przyznawałam szczerze, że nie wiem, jak długo to potrwa. Zresztą każde nowe dziecko to była początkowo ciężka sytuacja. Ale zawsze w oswajaniu lęków pomagały nasze dzieci oraz pieski. I ogród z huśtawką – przyznaje nasza rozmówczyni.
Setka dzieci i setka historii
Przez ponad 20 lat prowadzenia pogotowia rodzinnego, Państwo Kuźmicz mieli pod opieką w sumie około 100 dzieci. Pani Grażyna nie pamięta, żeby był czas, w którym dom był pusty dłużej niż kilka dni. Większość jej podopiecznych to dzieci z ogromnymi traumami, które były autoagresywne, przerażone, zaburzone, u których w domu był problem z alkoholem, narkotykami czy przemocą fizyczną albo psychiczną.
Ale były także dzieci, które trafiały do niej z zupełnie innych powodów. Jak chłopiec, którego samotnie wychowywała mama i którym nie miał się kto zaopiekować na czas jej pójścia do szpitala.
– Policja przywiozła mi też kiedyś ślicznego, zadbanego maluszka w pięknych śpioszkach. Uśmiechniętego, spokojnego, zdrowego. Okazało się, że jego mama próbowała popełnić samobójstwo i kiedy odnaleźli ją policjanci powiedziała tylko, że w akademiku zostawiła synka. Wszystko się potwierdziło i dziecko trafiło do naszego pogotowia – wspomina Pani Grażyna.
CZYTAJ TEŻ:
- Nie wiesz co masz robić? Załóż rodzinę zastępczą! „Może brzmi jak szaleństwo, ale u nas działa”
- Babcia i mama w jednym. W tej rodzinie zastępczej kluczem do sukcesu jest z pozoru zwykła czynność
- Rodzina zastępcza? „Ja zrobiłam to dla siebie. I gorąco polecam!”
- Rodzina zastępcza – sprawdź, jak to działa
- Warsztaty zainteresowań w Centrum Terapii i Wsparcia ZOBACZ MNIE w Rodzinie
- Ta rodzina już dawno mogłaby się rozpaść, a jednak… „Dzieci to mój promyczek słońca, nawet w najgorszym mroku”
- Bez męża, bez dzieci, na głęboką wodę. Pani Małgosia stworzyła rodzinę zastępczą i przyznaje: Takie rzeczy się dzieją. Taka miłość się przydarza
- Sportowiec na ortezach i jego wyjątkowa rodzina. „Gdy do nas trafił, miał na nogi założone obręcze, a w piszczele miał wbitych osiem śrub”
Zgodnie z przepisami dziecko w pogotowiu rodzinnym może być maksymalnie 8 miesięcy, a po tym czasie powinno wrócić do rodziców biologicznych (jeśli sytuacja na to pozwala). Gdy to jest niemożliwe, może trafić do rodziny zastępczej lub placówki opiekuńczej. – Jednak w praktyce było tak, że mieliśmy dzieci dosłownie na kilka dni, ale i zdarzały się na ponad dwa lata. Ta nasza pierwsza trójka była z nami ponad dwa lata i rozstanie z nimi było dramatyczne. Całą rodziną bardzo to przeżyliśmy. Ale pogotowi rodzinnych jest tak mało, że zawsze brakuje w nich miejsc. I jak tylko odchodzi od nas jedno dziecko, dosłownie za chwilę mamy kolejne – przyznaje Pani Grażyna.
Ważne i odczuwalne zmiany w organizacji pieczy zastępczej
Jak przez ostatnie lata zmieniła się rzeczywistość funkcjonowania rodzin zastępczych? – W przypadku pogotowia zasadnicza zamiana to tryb, w jakim trafiają do nas dzieci. Kiedyś te interwencje naprawdę były koszmarne, bo policja zabierała dziecko i prosto z awantury rodzinnej przywoziła do nas. W środku nocy podjeżdżał radiowóz, często na sygnale, żeby dziecko miało trochę frajdy… Za chwilę podjeżdżało pogotowie, bo stan zdrowia malucha musiał być sprawdzony. Nic dziwnego, że na początku nasi sąsiedzi trochę się dziwili, a nawet niepokoili. Dziś w trakcie interwencji jest pracownik socjalny i wygląda to wszystko o wiele lepiej. Przywiezienie dziecka jest ze mną ustalane, nie ma niespodziewanych wizyt, poznaję też wcześniej historię każdego podopiecznego – opowiada Pani Grażyna.
Wymiernym wsparciem jest też pomoc koordynatorów z MOPS oraz możliwości skorzystania m.in. z konsultacji psychologicznej. Nie bez znaczenia są również finanse, chociaż – jak podkreśla Pani Grażyna – piecza zastępcza to nie praca na 8 godzin, ale życie i odpowiedzialność 24 godziny na dobę. Ciężko tu więc o jakąkolwiek wycenę i wskazanie progu opłacalności.
A co w prowadzeniu pogotowia rodzinnego jest najtrudniejszym doświadczeniem? Zdaniem Pani Grażyny zdecydowanie to momenty, w których dzieci wracają do biologicznych rodziców, bo ci wykazują chęć poprawy. Ale później dramaty się powtarzają. – Czasami, tak po ludzku, takie rozwiązanie po prostu mnie wkurza. Rozumiem, że rodzicom trzeba dać szansę. I rozumiem, że dzieciom w ich domach jest najlepiej. Ale są sytuacje, w których ja, żegnając się z dzieckiem doskonale wiem, że ono do mnie wróci, albo pójdzie do placówki. Tyle, że obarczone kolejnymi traumami. Z tym bardzo trudno jest mi się pogodzić – opowiada.
Innego rodzaju trudnością jest fakt, że nie zawsze wiadomo w jakim stanie zdrowia przychodzi dziecko. – Choroby zakaźne, świerzb albo wszawica, to coś, na co trzeba być stale gotowym. Niektóre dzieci są szczepione, inne nie. Trafiają do nas w bardzo różnym stanie, ale niejednokrotnie razem z nimi przychodzą do nas choroby, z którymi później wszyscy walczymy. Ja np. zaraziłam się od dziecka mykoplazmą. To choroba, o której istnieniu wcześniej nie miałam nawet pojęcia. Teraz wiem, że leczy się ją bardzo ciężko i jest to długotrwały proces – przyznaje nasza rozmówczyni.
Ten widok to najwspanialsza nagroda
W ubiegłym roku zmarł mąż Pani Grażyny, który od początku wspierał ją w prowadzeniu pogotowia. Mimo osobistej tragedii postanowiła samodzielnie kontynuować działalność. I dalej pomaga dzieciom. – Wiedziałam, że nie mogę przestać, muszę działać. Bo nie potrafię usiedzieć w miejscu. Osiągnęłam już wiek emerytalny, ale prawda jest taka, że nie bardzo potrafię odpoczywać. Powoli się tego uczę. Staram się też coraz bardziej dbać o siebie. Co nie jest łatwe, bo przecież przy dzieciach wiecznie jest coś do zrobienia – mówi Pani Grażyna.
Jako osoba z wieloletnim doświadczeniem w pieczy zastępczej Pani Grażyna często namawia znajomych do tworzenia rodzin zastępczych. Tłumaczy, czym różni się to od adopcji i dlaczego jest tak bardzo potrzebne. Ale – jak sama przyznaje – nie namawia do zakładania pogotowia rodzinnego, bo to wymaga nie tylko znakomitej organizacji, ale przede wszystkim żelaznej psychiki. Takiej, która poradzi sobie z traumami przyniesionymi przez dzieci, ale i z trudem rozstawania się z nimi.
Jak sama przyznaje, chwile zwątpienia, rozpaczy i chęci rezygnacji zdarzały jej się już niejednokrotnie. – Jak wtedy, gdy dostałam pod opiekę trójkę dzieci z chorobami psychicznymi albo kiedy musiałam alarmowo przyjąć piątkę maluchów, co sprawiało, że razem z moimi miałam w domu nagle ośmioro dzieci. Ale te trudne doświadczenia są niczym wobec satysfakcji, jaką daje obserwowanie, jak dzieciaki się rozwija. Jak same odkrywają swój potencjał, jak cieszą się nawet z najmniejszych sukcesów i osiągnięć i jak po początkowym buncie otwierają się na pomoc. Uwielbiam też spotkania po latach. Te przypadkowe i te regularne, planowane, jak nasze tradycyjne narodowe lepienie pierogów przed wigilią. Te emocje dają mi siłę do działania. I mam nadzieję, że będzie tak jeszcze długo – dodaje.
Chcesz zostać rodziną zastępczą? Sprawdź, jak to zrobić.
Aby zostać rodzicem zastępczym, trzeba być osobą niekaraną, przejść kwalifikację oraz szkolenie organizowane przez Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej.
Wszelkie informacje znajdziesz w Dziale Wsparcia Rodzin Zastępczych MOPS Wrocław
- Adres: ul. Wysoka 6, 53-137 Wrocław
- Telefon: +48 71 782 24 11
- E-mail: rodzicielstwo.zastepcze@mops.wroclaw.pl
Przekaż 1,5% podopiecznym Fundacji ZOBACZ MNIE
Twój 1,5% podatku ma potężną moc. Dzięki niemu ratujemy zdrowie i życie ciężko chorych dzieci. Wpisz w swoje zeznanie podatkowe nasz numer KRS: 0000 79 53 64 i przekaż 1,5% podatku podopiecznym Fundacji ZOBACZ MNIE.
Wypełnij PIT on-line
Rozlicz PIT na podatki.gov.pl
Pobierz program do PIT
